ZANIM TRAFIŁAM DO DOMU

JESZCZE JESTEM W BRZUSZKU

Ho Ho jeszcze 3 dni i planowo poród. Brzuch duży, jak  w dwóch wcześniejszych ciążach :). Mała powoli się wycisza. Jesteśmy po wszystkich badaniach, wszystko ok. Torba wreszcie spakowana, od dwóch dni w gotowości. Czas szybko minął tak mi się teraz wydaje. Za kilka dni będziemy już zajmować wszystkie siedzenia w naszym samochodzie. Paweł w pracy, dzieci w domu. Mała coraz bardziej spokojna. Powtarza się moment kiedy rodziłam Nikosia, nasze pierwsze dziecko. Pierwsza ciąża, Nikoś tak się uspokoił że wylądowałam ze strachem na KTG, oczywiście wszystko w porządku, wróciliśmy do domu. Dzień później syn był już z nami.

Mój brzusio spokojny, Paweł wraca do domu. Przekazuję wieści że szykuje się poród, bo mała już się nie rusza.
I ………. chwila ciszy, no właśnie,… nie rusza się. Paweł zadaje pytania, ja próbuję sobie przypomnieć od kiedy się nie rusza. Zaczynam się trochę stresować widząc zaniepokojonego męża. Czytamy w internecie, próbujemy liczyć ruchy. W końcu decydujemy się i dzwonimy do naszej Pani ginekolog. Odpowiedź pada : „Do szpitala, jeśli coś was nie pokoi”.  Więc zabraliśmy torbę i pojechaliśmy z przekonaniem że poród tuż, tuż i wrócimy do domu po fałszywym alarmie. Dzieciaczki  zostały z ciocią.  Jednak tym razem tak nie było……

JAK PRZYSZŁAM NA ŚWIAT

Dotarliśmy do szpitala. Zaraz podpięto mnie na KTG. Panie które mnie przyjmowały wydawały opinie, tętno dobre ale brak ruchów, ich zdaniem powinnam zostać. Na końcu i tak usłyszałam że  lekarz o wszystkim zadecyduje. Zabrali mnie jeszcze na USG, Pani doktor pooglądała, posprawdzała i zamyśliła się oglądając córkę. Zapytałam czy wszystko w porządku. W odpowiedzi usłyszałam że zostanę na obserwacji, ale chce jeszcze omówić wyniki ze starszą stażem koleżanką. Hmm. Przechodzimy na oddział Patologi Ciąży, jeszcze nie dotarłam do pokoju a już zabrali mnie na porodówkę na test z oksytocyny. Paweł wraca do dzieci ja zostaję. Kładę się na łóżko z kroplówką i zerkam na zegar. nie mija 20 min przychodzi pan i pyta się czy pamiętam coś z wcześniejszego cesarskiego cięcia?. Tak, ale nie wiem czy to co ma na myśli. Przedstawia się że jest anestezjologiem i będzie przy cesarskim cięciu. Zadaję może dziwne pytanie, ale pada ” A kiedy to cesarskie cięcie będzie?”. Już proszę pani, jest zagrożenie życia. Proszę zadzwonić do męża i przechodzimy na salę. Kiedy dostałam telefon zadzwoniłam do Pawła. Zaraz po rozmowie  gdy szłam  na salę porodową udało mi się wykręcić  jeszcze jeden  numer, tym razem do koleżanki. Zanim zabrano mi telefon zdążyłam powiedzieć : Monika będzie cesarka, zagrożenie życia módlcie się  i zaraz leżałam na stole. Machina ruszyła i rozkręcała się coraz szybciej ……….

CUD MOICH NARODZIN

I o to jest nasza Księżniczka. Przyszła na ten świat przez Cesarskie Cięcie. Skórka jak jedwab, prawie przeźroczysta, mała bezbronna istotka. Przystawiono ją do mnie, pocałowałam ją i zniknęła. Tu kończy się piękna opowieść.

Na sali pojawiło się jakoś więcej ludzi, a i atmosfera zrobiła się jakaś dziwna. Przed chwilą jeszcze wszyscy się uśmiechali, rozmawiali. Jak pamiętam do tej pory atmosfera była bardzo przyjazna. Acha…., hmmmm…… . Twarze obecnych na sali zmieniły swój wygląd, zniknęły uśmiechy ( choć starali się abym nie zobaczyła tego? ). Zapadła dziwna cisza. Zza tego zielonego materiału który zasłaniał mi siebie od pasa w dół, widziałam jak podczas zszywania lekarz niepokojąco co chwilę zerkał na to co dzieje się nade mną. Czego ja  nie byłam w stanie dojrzeć. Już wiedziałam, że to wszystko nie wróży nic dobrego. Wiesz, wyobraziłam sobie wtedy, a raczej poczułam się jak Abraham. Zamknęłam oczy i  w sercu, jeśli taka jest Wola Twoja. Po chwili uśmiechnęłam się i ze spokojem otworzyłam oczy.  Mogę zapytać? odezwałam się choć nie wiem do kogo. Czy moje dziecko żyje ? . Chwila ciszy, lekarz która zszywała mój brzusio znowu pojawiła się zza zielonej zasłonki na mnie i mówi: Tak, ale słyszy pani jak oddycha ?, zniknęła. Czyli ten dziwny świst to oddech mojej córki. Moje myślenie przerwał jakiś głos : TLEN POTRZEBUJEMY DLA DZIECKA. Spokojnie odpowiedziałam: możecie zabrać mój, ja się dobrze czuję. Tak było naprawdę. Byłam na tyle spokojna że to ja starałam się przerwać grobową atmosferę na sali. Podano małej tlen.  Mówiłam do anestezjologa z lekkim uśmiechem na twarzy, będzie co ma być. Chyba nie odbierali mnie poważnie. Nie przeszkadzałam bo wiedziałam że nie jest dobrze, a nie chciałam żeby pomyśleli że ześwirowałam, kiedy ja o dziwo miałam niesamowity spokój w sercu. Po wszystkim małą zabrano na oddział- żyje, a mnie kończyli zszywać. Wywożąc mnie z sali głośno wszystkim podziękowałam uśmiechając się do całej ekipy, czego mi u nich bardzo brakowało. Mam cały czas przed oczami, jak było widać żal na twarzach tych ludzi którzy zrobili wszystko aby mała była z nami. DZIĘKUJĘ WAM ZA TO. Później jak przewieziono mnie na salę był ze mną już Paweł. Przyszła pani doktor i poinformowała nas że dziecko zostało zaintubowane ponieważ przestała oddychać. Stan jest tak poważny że zostanie przewieziona do Zabrza. Wyraziliśmy zgodę, specjalistyczna karetka już pędziła po córcie. Teraz dokumenty wypełnić, pobrać moją krew do badań i czekać. W tedy nadaliśmy  imię ……. JUDYTA, JADWIGA. Dowiedziałam się że Paweł nie widział jeszcze dziecka, ale zdążył podejść zanim zabrali ją do karetki. Po wyrażeniu zgody zrobił jej zdjęcie.  Tyle…, tyle zostało. Cisza, Paweł, ja i zdjęcie małej na telefonie . Pozwolili Pawłowi zostać jeszcze jakiś czas ze mną. Nie zadawaliśmy dziwnych pytań, łzy same  cisnęły się do oczu, choć razem staraliśmy się być twardzi?. Czas transportu Judytki i czekanie na informację czy przeżyła tą podróż  wydawał się wiecznością. Teraz, Ja szpital Bielsko, Ona szpital Zabrze, a On pomiędzy nami i pozostałą dwójką naszych szkrabów, raz Tu, raz Tam…………

ŚWIĘTA WIELKIEJ NOCY

Judytka przyszła na świat w wielkim tygodniu we wtorek, w środę już była w Zabrzu. Mnie do domu wypisano w piątek, Wielki Piątek. W sobotę już mogłam ją zobaczyć, byłam u córci. Cztery dni po cesarce a ja wcale nic nie czuję, adrenalina we mnie sprawia iż już nie pamiętam o porodzie. Podjechaliśmy pod szpital, boję się, choć sama nie wiem czego. Podchodzimy pod oddział, próbuję być twarda. Paweł naciska na dzwonek, otwierają się drzwi. Korytarz, parawan, i parę krzeseł. Usiądź, powiedział Paweł, musimy poczekać. Po chwili mogliśmy wejść do gabinetu, czekał tam na nas lekarz ( chyba ordynator ) który poinformował nas że Judytki stan jest bardzo ciężki, musimy niestety nastawić się na najgorsze. Robimy co w naszej mocy, powiedział to w taki sposób że uwierzyłam mu. Dowiedziałam się że Judytce przetaczali już trzykrotnie krew, dokładają płytki krwinek, cokolwiek to znaczy, że niestety musieli przerwać hipotermie ponieważ nerki przestały pracować. Jedno ratują, drugie się psuje. Mała nie oddycha samodzielnie, nie pracują nerki, nie trawi, krew się psuje. Słyszałam jakby bez końca opowiadał że nie ma rzeczy o której można powiedzieć jest OK. Mówił że jeśli nerki nie zapracują nic więcej nie będą w stanie zrobić. W głowie kumulował się coraz większy strach. A do tego na salę można wchodzić tylko pojedynczo. Ja i te cholerne drzwi przede mną, czy poznam swoje dziecko?. Jak ona wygląda, czy mnie usłyszy?, czy dam radę?. Wchodzę, pani pokazuje mi zasady których ściśle mamy się trzymać, po umyciu i zdezynfekowaniu rąk pokazuje mi miejsce w którym leży moje dziecko. Podchodzę. Stoję i nie wiem co robić, jak się zachować. Mała w inkubatorze, pełno podłączonych kroplówek w różne miejsca, i najgorszy widok dla mnie to falująca skóra od wtłaczanego i wytłaczanego powietrza przez maszynę. Widzę że za nią pracują maszyny, a ona śpi. Zamknięta tam, a ja tu stoję, patrzę i w myślach mówię do niej i nie mogę przestać się opanować od płaczu. Kochanie choć nie mówię na głos, witaj to ja twoja mama. Jak mi przykro że nie mogę cię przytulić, proszę zostań z nami bo rodzeństwo też chce cię zobaczyć, a tutaj nie wpuszczają dzieci. Wiesz Nikoś narysował krzyż, taki na małej karteczce i modli się abyś przyjechała do domu, Rebcia też pyta o ciebie. Czy ty w ogóle moje myśli słyszysz ?, czy może zwariowałam. Co ja robię?, co zrobić mam ?. Dziwnie się czuję. Przepraszam muszę już iść, bo tata też chce się z Tobą zobaczyć, niestety już wychodzę, Judytka wciąż śpi. Na korytarzu minęłam się z Pawłem. Wszedł do niej tylko na chwile bo wiedział że tak bardzo potrzebuje aby był teraz przy mnie. Wyszedł i zabrał mnie zaraz do domu. W ciszy wracamy, nie chce mi się mówić, bo i o czym. ……….. ( przepraszam)

0 comments on “ZANIM TRAFIŁAM DO DOMUAdd yours →

Dodaj komentarz